Dziewięć miesięcy. Dokładnie tyle, ile trwa ciąża, potrzebowała Belinda Bencic, by zdobyć kolejny tytuł w karierze, a pierwszy po porodzie. Na korcie w Abu Dhabi świętowały razem: mama i córka; błyszczące złote trofeum wyraźnie intrygowało małą Belle, która ostrożnie wyciągała w jego kierunku rączkę.
Dla WTA przyszedł za to czas najwyższy, by ten niezwykle wymagający, ale przede wszystkim ludzki i zupełnie normalny etap życia zawodniczek był prawdziwie zauważony i uczciwie uwzględniony w zasadach.
Dziś w tourze tenisistek-mam gra nieco ponad dwadzieścia. W archiwach historie tych, które wracały na kort po ciążach nie są liczne, ale niezwykle imponujące. Przykłady? Gdy w 1972 roku Margaret Court zdobywa swój 22. wielkoszlemowy tytuł, od niespełna roku jest mamą Daniela. Po dwóch kolejnych Szlemach Australijka zrobi następną macierzyńską przerwę; po niej wróci grać i wygrywać aż do sportowej emerytury. Jej rodaczka Evonne Goolagong Cawley w marcu 1977 roku urodzi córkę Kelly, a sześć miesięcy później wygra Australian Open w singlu i deblu. Na początku lat dwutysięcznych Belgijka Kim Clijsters dorówna Court w trzech tytułach Wielkiego Szlema w singlu zdobytych po urodzeniu dziecka. Do pierwszego z nich, US Open 2009, wystartuje z dziką kartą, by po kilkunastu dniach ze spektakularnego srebrnego trofeum cieszyć się razem z półtoraroczną córką Jady.
Kiedy Serena Williams w 2017 roku wygrywa Australian Open, jest na początku ciąży z pierwszą córką, Alexis Olympią. Po przerwie macierzyńskiej wraca walczyć w tenisowej czołówce; w 2020 roku zdobywa tytuł w Auckland. W 2017 roku powraca Victoria Azarenka (wciąż grająca w tourze), jej syn Leo ma wtedy rok; dziś często widywany jest z mamą na korcie.
Niezwykle symboliczny w temacie mam-zawodniczek jest ćwierćfinał US Open 2020. Na tym etapie rywalizacji aż trzy z zawodniczek są matkami: to Cwetana Pironkowa, Serena Williams i Victoria Azarenka. Finał osiąga ta ostatnia, ale ulega w nim Naomi Osace, która… pięć lat później sama dołączy do grona tenisistek wracających do profesjonalnej gry po przerwie macierzyńskiej.

Obraz olejny „Po meczu” autorstwa Krystiny Vilchynskiej, to studium najbardziej intymnego momentu w tenisie – uścisku dłoni, podziękowaniu przy siatce. To chwila, w której adrenalina i czysta rywalizacja ustępują miejsca tradycyjnej etykiecie. W odróżnieniu od dynamicznych grafik sportowych, „Po meczu” skupia się na ciszy po punkcie meczowym.
W tym powrocie do gry pomagają tenisistkom zamrożenia rankingu czy dzikie karty do turniejów. Losy tych największych mogą inspirować i wskazywać drogę, jednak do zaopiekowania przez tenisowe władze był od lat temat znacznie szerszy: równiejsze szanse dla wszystkich kobiet, nie tylko tych z czołówki, które chcą macierzyństwa i ciągłości kariery zawodowej, które myśleć muszą też o finansach.
Tuż przed ubiegłorocznym Międzynarodowym Dniem Kobiet, 6 marca 2025 roku, WTA ogłosiło innowacyjny program, który ma wspierać tenisistki, przyznając prawo do rocznego, płatnego urlopu macierzyńskiego, niezależne od wysokości miejsca w rankingu. Zawodniczka spełnić musi precyzyjne kryteria ilościowe, dotyczące występów w turniejach na poziomie minimum WTA 250. Drugi filar programu to finansowe wsparcie w leczeniu niepłodności (jak procedura in vitro) lub zachowywaniu płodności (jak mrożenie komórek jajowych). Na starcie programu szacowano, że będzie mogło z niego korzystać ponad trzysta zawodniczek.
Inicjatywa WTA jest sponsorowana przez Publiczny Fundusz Inwestycyjny Arabii Saudyjskiej. I tu pojawiają się głosy ostrożne oraz krytyczne, dotyczące coraz silniejszego instytucjonalnego angażowania się Saudów w kobiecy tenis (dziś są m.in. gospodarzami WTA Finals) i traktowania go jako narzędzia do poprawy wizerunku w kwestii równouprawnienia.
Nie podważa to jednak istoty programu. W jego kreowaniu i wdrażaniu kluczową rolę odegrała Rada Zawodniczek WTA (jej członkinią jest m.in. Azarenka). Wspierające podejście do macierzyństwa, które pojawia się obecnie, doceniają też emerytowane już tenisistki, jak Kim Clijsters, w dalszym ciągu pozostająca ostatnią zawodniczką, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy po porodzie. I która mówi dziś: „Nie chcę być ostatnią, która to zrobiła”.
Ewelina Burda






