Wolę wolej

grass-court-illustration

Były czasy, kiedy w drugim tygodniu turnieju na kortach Wimbledonu, obok łysych polan wydeptanych przez tenisistów przy linii końcowej, zaznaczała się ścieżka biegnąca w stronę siatki. Znak, że część graczy pędziła po serwisie do przodu, by zakończyć wymianę wolejem.

To minęło – być może wraz z modyfikacją mieszanki trawy wysiewanej w All England Clubie czy ewolucją rakiet, a na pewno wraz ze zmianą stylu gry tenisistów, którzy potrafią dziś świetnie mijać z głębi kortu, ale nie są już tak pewni w grze przy siatce. Tym bardziej że kortów trawiastych, mogących premiować styl serwis-wolej, jest coraz mniej. Czasy, w których na takiej nawierzchni rozgrywano turnieje wielkoszlemowe w Melbourne i Nowym Jorku, minęły bezpowrotnie.
Nowojorczycy postawili na hardkort już w połowie lat siedemdziesiątych, po bez mała stuleciu harców na trawie i trzyletnim okresie przejściowym na szaro-zielonym, amerykańskim korcie ziemnym. Ostatni turniej na trawie był tu niejako pożegnaniem „starej szkoły” – dwudziestodwuletni Jimmy Connors bardzo wyraźnie pokonał w finale czterdziestoletniego Kena Rosewalla, jednego z australijskich mistrzów. Ten ostatni zaczynał swoją karierę raczej z głębi kortu, by wraz z wiekiem opanować styl serve-and-volley, co najpewniej pozwoliło mu tak długo utrzymywać się na wysokim poziomie.

Szczęśliwie, narodziny Connorsa czy Borga nie okazały się gwoździem do trumny woleja – w kolejnych dekadach było przecież paru Szwedów, Francuzów, Amerykanów czy Australijczyków, którzy wiedzieli, co i jak. Właśnie, Australijczycy – oni wytrwali przy trawie dłużej niż Amerykanie. W Melbourne zrezygnowali z niej w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, a jak gdyby na pocieszenie narysowali później nowy logotyp turnieju Australian Open, z postacią serwującego tenisisty, wzorowaną – jak mówi miejska legenda – na sylwetce Stefana Edberga, jednego z mistrzów gry przy siatce. Kto pamięta trzy finały Wimbledonu z lat 1988–90, w których Szwed mierzył się z Niemcem Borisem Beckerem, wie, o czym mowa. Rezygnacja z trawy była w Melbourne o tyle smutna, że cała australijska szkoła tenisa, która święciła triumfy od lat pięćdziesiątych, opierała się przecież na nieustannym pędzie do przodu. Tak grał Rod Laver w latach sześćdziesiątych, John Newcombe – w siedemdziesiątych, Pat Cash – w osiemdziesiątych czy Patrick Rafter w dziewięćdziesiątych, by wymienić tylko kilku. Jasne, każda z tych dekad miała swoich mistrzów regularnych wymian z głębi kortu, jednak widok tenisisty biegnącego do siatki zaraz po serwisie nie był, jak dziś, ewenementem (nawet na sztucznych nawierzchniach).

Nie zamierzamy tu jednak narzekać na „dzisiejsze czasy”. Raczej liczymy w cichości wolejowej duszy, że pewnego dnia pojawi się tenisista, który opanuje tę niełatwą technikę w stopniu, który nie pozwoli Alcarazowi czy Sinnerowi na łatwe minięcie. Gwoli sprawiedliwości, obaj wspomniani potrafią zagrać przy siatce znakomicie – tyle że raczej nie decydują się na atak zaraz po serwisie.
W tenisie kobiet sprawa jest jeszcze trudniejsza, bo poza Martiną Navratilovą, Janą Novotną, Justine Henin czy Amelie Mauresmo trudno przypomnieć sobie regularne i skuteczne akcje serve-and-volley. I tutaj, trzeba przyznać, grzeszymy małą wiarą, gdy idzie o szanse na urozmaicenie stylu gry.

Iskra nadziei wciąż jednak się tli, tym bardziej że mecze, w których spotykają się dwa odmienne style gry, zwykle należą do najciekawszych, by wspomnieć – tu wrócimy do rywalizacji mężczyzn – zmagania Ivana Lendla z Johnem McEnroe (bilans 21–15 na korzyść gry z głębi kortu; przypomnijmy tu jednak, że Lendl czynił tytaniczne wysiłki, by opanować grę przy siatce i wygrać kiedyś Wimbledon – nie udało się) czy Pete’a Samprasa z Andre Agassim (20–14 na korzyść woleja). A może nawet mecze, jakie w latach czterdziestych toczyli Amerykanie: Jack Kramer, uznawany czasem za pioniera stylu serve-and-volley, i Bobby Riggs, gracz bardzo wszechstronny, choć nie obdarzony wielką siłą. Sam Kramer przyznał po latach, że to właśnie potrzeba poradzenia sobie ze sprytną grą Riggsa skłoniła go do regularnych ataków przy siatce. Może podobna myśl zaświta i w głowach współczesnych. Paru dobrych kandydatów widzimy, by wymienić choćby Amerykanina Bena Sheltona, którego ojciec-trener sam nie najgorzej radził sobie z wolejem.

A co z naszym, nieporadnym czasem, amatorskim tenisem? Czy dobry wolej może się przydać i nam? Uważamy, że tak – wielu z nas spotyka przecież rywali z dość wyraźną słabością po jednej ze stron – zazwyczaj jest to bekhend. Wtedy, zamiast wdawać się w mozolne i długotrwałe wymiany z głębi kortu, można zastosować błyskotliwą taktykę: na bekhend i do siatki.

Bartosz Klimas

Ace Your Space with Tennis Fine
Art Posters

Koszyk
Przewijanie do góry